O wszystkim, z niewielką dozą jadu
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Jesień idzie, nie ma na to rady

Korzystając z nieobecności mego Syna i Męża, przeleciałam się wczoraj po sklepach w galerii w naszym mieście.

Przeleciałam i bardzo się ucieszyłam, że mam ubrania z poprzednich lat/sezonów i że nie będę zmuszona niczego kupować teraz.

Bowiem mody, jaka zakrada się do sklepów, nie można nazwać entuzjastyczną ani user friendly :).

 

Kolory jakie będą królować tej jesieni, to pogodny czarny, bordowy (moja babcia miała moherowy beret w tym kolorze) oraz brązy (ale te brzydsze).

Kolory, powiedzmy, można by jakość znieść, ale niestety, do tego dochodzi krój, czyli:

Przede wszystkim, wszystko musi być za dużym, rozwleczonym dresem. 

Albo być powłóczystą, niekształtną szmatą (najlepiej brązową), czasem w liście, również brązowe. Jakby się w takowej stylizacji umieścić pod drzewem, nikt Was nigdy nie znajdzie).

Absolutnie wykluczone są akcenty jasne i wesołe - po włożeniu w/w wspomnianego odzienia depresja jest gwarantowana. 

Jednak coś, co wydało mi skrajnie najgorsze i nawet brzydziłam się tego dotknąć, to były kamizelki ze sztucznego zamszu (brązowe, a jakże) z frędzlami. Nie, nie frędzelkami 5 cm, z FRĘDZLAMI po 30 cm.

Na świecie są może 4 osoby (licząc entuzjastycznie), które w czymś takim będą wyglądać dobrze.

Ja, oczywiście, do tej czwórki nie należę.

Ale, jak wspomniałam, to nie mój problem, bo, na szczęście, jestem odzieżowo zabezpieczona.

 

W ramach WALKI Z CZARNOŚCIĄ, BORDEM I BRĄZEM kupiłam sobie pierdolnięte balerinki z kokardą. Różowe :)

niedziela, 14 sierpnia 2016
Tęsknię za Tobą - Harlan Coben

Pierwszy kryminał, jaki w ogóle przeczytałam w życiu, był napisany przez Cobena właśnie - 'Nie mów nikomu'. Szalenie mi się podobał, siadłam i przeczytałam cały, natychmiast. 

Ostatnio zaczęłam czytać dwie książki, które nie przypadły mi do gustu.

Jedną z nich była 'Rozmowa w "Katedrze"' Llosy. Strasznie się męczyłam, doszłam do strony 150 i uznałam, że dość. Może, gdyby miała stron 200, dociągnęłabym jakoś do końca, ale ona ma 600, więc najn. 

Potem wzięłam się z 'Ulissesa'. Dobra - wiem :) Nie mogło skończyć się dobrze, zakończyłam na stronie 30-tej, a książka obecnie przebywa w bibliotece, dokąd ją czemprędzej oddałam :).

Problem polegał na tym, że to były jedyne dwie książki, które miałam pod ręką do czytania (mam jeszcze dwie po angielsku, ale helou, są wakacje, odpoczywam:) i ogarnął mnie dramat: CO JA TERAZ BĘDĘ CZYTAĆ. Na szczęście znalazłam na kompie PDFka z 'Tęsknię za tobą' Cobena i ruszyłam z kopyta. 

Oczywiście, czytało się łatwo i szybko, 400 stron poleciało jak pstryknięcie palców, ale żebym się zachwyciła tą pozycją, to nie. Jeszcze wątek dotyczący śledztwa - w miarę. Ale już wątek miłosny doprowadzał mnie do drgawek. Z jednej strony silna (niby) kobitka-policjantka, co to się kulom nie kłania, a z drugiej strony, och, och, ona pamięta ich pierwszy pocałunek na plaży i jedzie na tą plażę, gdzie on ją 18 lat temu pocałował, na przykład.

No ja pierdolę - NIE.

Taniawe to takie nieco i 'Fifty shades of Gray' zalatujące.

Dobre jedynie na wakacje, poza wakacjami - nie polecam :)

sobota, 13 sierpnia 2016
Bo sport to zdrowie

Background:

W wakacyjne soboty nasze miasto organizuje fajną imprezę sportową pt. DOBRA WODA Z KRANU.

Każdy może przyjść, poćwiczyć, napić się wody - naprawdę elegancka sprawa. Uczestniczą w niej i jednostki szalenie usportowione, jak i te, które ze sportem stykają się rzadko i w bardzo ograniczonym wymiarze:).

 

Ci, którzy od jakiegoś czasu na przykład biegają, znają się z resztą biegaczy albo osobiście, albo, chociaż z widzenia.

Czyli wiemy kto jest kto i kto jak wygląda. 

 

Inaczej jest, kiedy ćwiczący mieszają się z niećwiczącymi. Fajnie, bo impreza jest otwarta i dla wszystkich, ale ja nie o tym :).

 

Po ponad miesiącu od rozpoczęcia imprezy, w końcu udało mi się znaleźć czas i poszłyśmy na owe ćwiczenia z moją niebiegającą koleżanka z pracy.

Po kilku minutach na hali lekkoatletycznej, gdzie rzecz się dzieje, koleżanka zdała sobie sprawę, że jest w raju:

- Jezu! Jacy tu faceci chodząąą! A jakie mają dupy! Aż się oczy szklą - piała z zachwytu. 

:)

Zawsze powtarzam, że sport to zdrowie :)

niedziela, 31 lipca 2016
Czasomierze - David Mitchell

'Czasomierze' dostałam od Renatki na urodziny.

Książka jest dość długa (666 stron) i trzeba czytać ją uważnie, bo dużo się dzieje, ale że akurat dokańczałam chorować po mej górskiej wyprawie, to spokojnie mogłam czytać do 2-3 w nocy :), co, niniejszym, czyniłam.

Jest to historia życia Holly Sykes, której życie jest niezupełnie zwyczajne. Na przykład słyszy głosy, które jednak później jednemu specjaliście udaje się uciszyć oraz jedna starsza pani prosi ją o udzielenie schronienia. Minie parę stron, zanim czytający się dowie wszystkiego o źródle i głosów i o co chodziło z owym schronieniem. 

Pomimo, że nie jest to książka w moim stylu, bo są tam elementy science-fiction, lekkich czarów i tego typu guseł i zabobonów;), to bardzo mi się podobała i nie mogłam się od niej oderwać. 

Serdecznie polecam, nawet tym, którzy nie leżą z gorączką w łóżku :)

sobota, 16 lipca 2016
Babie lato - Philippe Besson

Książkę pożyczył mi właściciel Gościńca Rajec w Rajczy :)

Dopadło mnie bowiem jakieś choróbsko, objawiające się gorączką, więc zamiast iść w góry, musiałam zostać w domu w pozycji 'padnij'. W tej pozycji bardzo dobrze jest mieć co czytać, a jedyną książkę, którą miałam, skończyłam dzień wcześniej. A że księgarni w Rajczy nie ma, pan zaoferował mi książkę ze swoich zbiorów :).

To jest ten tym opowieści, o którym mój Mąż powiedziałby, że 'nic się tam nie dzieje'. Jest to historia jednego wieczoru, jest knajpa, jest kobieta z martini przy barze, jest kelner i jest facet, który pojawia się w knajpie niepodziewanie. Kobitka od martini czekała,co prawda, na innego, ale przyszedł ten. Jak się okazuje, jest to jej ex-miłość, która porzuciła ją dla innej. To spotkanie sprawia, że muszą kilka spraw poruszyć i do kilku spraw wrócić. 

Spokojne opowiadanko, idealne na dni z bolącym baniakiem :)

piątek, 15 lipca 2016
Najgorszy człowiek na świecie - Małgorzata Halber

Książkę pożyczyła mi Sąsiadka, pochwaliła się bowiem, że ją ma, a ja kiedyś gdzieś czytałam, że dobra, więc pożyczyłam.

Zaczęłam ją czytać w samochodzie, jadąc na wakacje (spokojnie, byłam wtedy kierowcą;) i poczułam się nieco jak na spotkaniu AA, bo ta książka jest o uzależnieniu od alkoholu i trawy. Ostatnia, którą przeczytałam, była o uzależnieniu od tabletek, dla odmiany. Tematyka, prawda, wakacyjna ;).

Historia uzależnienia jest podobna do tego z poprzedniej książki: kobita jest wykształcona, ma dobrą pracę i dobrze zarabia, jednak ogarnianie życia na trzeźwo zdecydowanie jej nie idzie. Strach przed praktycznie wszystkim na trzeźwo jest tak wielki, ze zaczyna pić już w podstawówce i tak trwa to i trwa. Aż pewnego dnia postanawia, że czas z tym skończyć. Tradycyjnie, jak każda osoba uzależniona przez bardzo długi czas uważa, że ejjjjj, przecież nic jej nie jest i że może sama przestać i że luz. Otóż nie luz i sama przestać NIE może. 

Wychodzi z nałogu, ale nie jest to wyjście szybkie, łatwe i przyjemne, są potknięcia, są nawroty, są problemy. I pilnować trzeba się cały czas, bo uzależnionym jest się do końca życia, niestety.

Gdzieś w tej książce było napisane, że kiedy człowiek jest trzeźwy, to ma jasny obraz całości. A niektórzy ludzie panicznie się boją tego jasnego obrazu. Wolą czegoś nie widzieć, albo widzieć to innym niż jest w rzeczywistości. Takie życie, to jak pływanie w płetwach: pływasz pięknie i szybko, ale tylko jak masz płetwy na girach. Zdjęcie płetw powoduje, że idziesz na dno, albo kompletnie nie nadążasz za resztą.

Historia smutna i bardzo prawdziwa. 

czwartek, 14 lipca 2016
Wygrana

Pisałam już pewnie kilka razy, że mamy najnfajniejszych Sąsiadów na świecie, którzy, w dodatku,  mieszkają 20 m od nas:). W związku z czym często wiedziemy życie wspólne, a już na pewno wspólnie żyją nasze Dzieciary. Oraz wspólnie je żywimy. Polega to zazwyczaj na tym, że w dwóch domach są dwa różne obiady, a Dzieci suną tam, gdzie im bardziej pasuje. 

Niedawno dzwoni Sąsiadka:

- Mam dziś na obiad potrawkę z kurczaka, a ty?

- Mielone i mizerię.

- Oooo, to wygrasz!:)

I tak, Drodzy Państwo, mnie, osobie gotującej rzadko i niechętnie, udało się wygrać konkurs na obiad :)

Master-PRAWIE-SZEF

poniedziałek, 04 lipca 2016
Kolonijnie

Dziś nasz Syn powrócił z pierwszych w swym życiu kolonii. 

Cała grupa ma się dobrze, wróciła dość smukła (kolonijny atak jelitówki), ale opalona i szczęśliwa. 

Wypad trwał 9 dni.

 

Rozpakowuję Synowe ubrania:

- Synu, chodziłeś we wszystkim?

- Nie wiem. Ubierałam to, co mi w ręce wpadło. I co wydawało się czyste. 

Męski sposób na modę :)

 

Przy kąpieli natomiast Mąż prosi: 

- Synu, tylko włosy i całe ciało wyszoruj.

- Tato. Ale włosy wczoraj myłem.

- Dobrze, dzisiaj też wymyj. A ta czerwona kreska na twarzy co?

- A to z meczu Polska - Portugalia.

- Synu, ten mecz był w zeszły czwartek. Ty się chyba wcale tam nie myłeś?

- Myłem się tato. CZTERY razy.

 

Nasz czyścioszek :)

niedziela, 03 lipca 2016
Wędrowanie i inne atrakcje

Ostatnie trzy weekendy to dla mnie głównie wydarzenia sportowe, w wieeelkie atrakcje obfitujące.

18/06 biegłam 4 PKO Nocny Półmaraton Wrocław. Biegło 10 000 osób! Nigdy jeszcze nie leciałam w taaaaakiej grupie! Startowałam z 4 (chyba) strefy czasowej (2.01 - 2.15) - ilość startujących była tak duża, że nasza strefa ruszyła o 22:22! :) Życiówki nie było, ale przeżycie duże. No i 7 minut lepiej niż w roku ubiegłym :)

26/06 wybraliśmy się z Mężem na rower. Naszym celem była oddalona o 30 km miejscowość i zastanawialiśmy się jak będzie z powrotem i czy damy radę wrócić. Jechało się nad wyraz elegancko, w związku z czym zamiast 60, pyknęliśmy 87 km :). Jest to mój rekord, jeśli chodzi o jednorazowy dystans przejechany rowerem :)

Ale to wszystko nic.

1/07 ruszyłam na VI Wielkie Wędrowanie z Gildią Przewodników Sudeckich. Już dwa lata przyglądaliśmy się temu wydarzeniu z moim górskim kumplem Jackiem i za każdym razem wzdychaliśmy: o, poszli... W tym roku Jacek zarządził, że koniec wzdychania i nas zapisał :), czyli PRZEŻYJ TO SAM. Nie daliśmy rady przejść całej stówki (tyle ma pełny dystans), jednak maszerując 29 godzin przeszliśmy 88 kilometrów i doszliśmy z Jeleniej Góry do Sokołowska :).

Tym razem zostało pobitych kilka rekordów: na pewno czas bycia w trasie (29h), ilość nieprzespanych godzin ciurkiem (41!), ilość przebytych kilometrów (88). Do tego dochodzą rekordy dramatyczniejsze: stopień zmęczenia, obolałych mięśni i gir. I może własnej głupoty, bo przecie cała ta akcja z własnej nieprzymuszonej woli :).

Ale nic to :) W przyszłym roku znów się wybieramy :)

Za-informacja

Kolonia trwa, a ja się zastanawiam skąd nasz Syn bierze przedrostki do słów :)

Raz dzwonił i był NApoczęty, nie WYpoczęty.

 

Kolejna rozmowa:

- Mamo, wiesz co? Jakaś zaraza jest. Wszyscy rzygają.

- O. To słabo. A ty? 

- A nie, jak OK. Wiesz mamo, ja cię tylko chciałem o tym zainformować. 

 

Tak, tak, nie ma to jak konkretna kolonijna ZAinformacja :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
Liczba odwiedzających: