O wszystkim, z niewielką dozą jadu
niedziela, 02 grudnia 2018
Jeszcze czego - Paulina Młynarska

220 stron

(na końcu jest jeszcze treść Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, ale ją sobie odpuściłam)

Książka jest z biblioteki, wypożyczyła ją Tereska, ja kiedyś o niej słyszałam, więc ją porwałam i szybko przeczytałam.

 

To jest książka o kobitach. Że, niestety, ale stanowimy drugi sort obywateli, co, w dużej mierze, fundujemy sobie same, grając całe życie rolę zaplecza, a nie postaci pierwszoplanowej i jeszcze się same tym szczujemy (no ale jak to, nie gotujesz swojemu misiowi??? - wszystkie to, prawda, znamy).

Przeczytać warto i warto zobaczyć jaką rolę gra się w swoim życiu oraz czy nie wychowuje się córki na zaplecze, a syna na wymagającego obsługi przeboga - to może nam pomóc - nam, babom, mam na myśli :)

Młynarska pisze tak o nas tak:

"Masz pracować, mieć czas dla rodziny, wychowywać, nie mieć cellulitu i zmarszczek, ale też nie wstrzykiwać żadnego botoksu! Masz mieć dobre geny i zbilansowaną dietę. Masz być wyuzdaną kochanką i perfekcyjną panią domu, spalać tłuszcz na siłowni i chudnąć bez wysiłku. Masz gotować jak Gessler i wyglądać, no, niech już będzie, jak Torbicka. A jeśli ci się nie uda, to się nie dziw, kobieto, że zostaniesz sama z rachunkami, że dostaniesz w łeb. Że wywalą cię z pracy, wszystko zwalą na głowę, bezceremonialnie uszczypną w tyłek, zgwałcą pod blokiem lub we własnym łóżku. Za mało się staralaś. Za krótką nosiłaś sukienkę."

Więc, kurde, się nie dajmy :)

Bo nie jesteśmy drugim sortem. 

W każdym razie na pewno nie ja :)

wtorek, 20 listopada 2018
Świat bez głowy - Portret Janusza Głowackiego - Iza Bartosz

266 stron

Książka jest własnością Dziuni, czyli mojej Teściowej II :)

 

Taaak. 

Janusz Głowacki wielkim pisarzem był. Osiągnął sukces. Świetnie władał słowem. Jednak mimo, że książka jest zapisem wspomnień jego przyjaciół o nim, to ja go jakoś nie polubiłam. Mnie się wydał zadufanych w sobie bubkiem. W książce pada takie zdanie, że kiedyś Głowacki szedł w rozpiętym kożuchu Krupówkami w Zakopanem i ludzie się na niego patrzyli i jemu się to wyraźnie podobało. 

No nie wiem. Dla mnie, jak ktoś chodzi w rozpiętym kożuchu i czeka, żeby się ludzie na niego gapili, to raczej jest pierdolnięty, a nie wielkim pisarzem;) Ale może się nie znam.

Chłop kojarzy mi się z naszym sąsiadem z góry: mieszkamy w budynku po starej szkole, na dole są 4 mieszkania, w czym moje, a całą górę ma jeden chłop. SAM. 180 metrów. Ex-rektor jednej ze szkół w naszym mieście. Koleżanka pisała u niego pracę magisterską i opowiadała, że polegało to na tym, że 3 zdania były o jej pracy, a kolejna godzina o nim i jego dokonaniach.

Głowacki mi się właśnie z taką osobą kojarzy. 

Może niesprawiedliwie, ale tak właśnie jest.

Mimo tego, książkę czyta się dobrze. 

poniedziałek, 12 listopada 2018
The Book Thief - Markus Zusak

554 strony

Książka jest moja, ale z angielskiego czariciaka, jedna z tych, które kiedyś przywiozła mi Maryla. (Ma naklejkę z ceną: 1 funt :)

Do książek po angielsku zawsze zabieram się pomału, bo mam wrażenie, że nie będę rozumieć i och, och jak mi będzie ciężko :). Ale spoko, mając słownik w telefonie życie jest łatwiejsze i, niezbyt szybko, ale poszło. 

Książka jest o wojnie, a tych, po przeczytaniu "Łaskawych" ileś lat temu, raczej unikam, ale dobra - pomyślałam, zobaczmy.

Co ciekawe, narratorem jest Śmierć. Śmierć ludzi NIE ZABIJA, tylko zabiera (przynajmniej tu). Zabiły ich bomby i głód i wycieńczenie. I Adolf - rzecz jasna.

I ta (lub ten, bo pamiętam z Pratcheta, że po angielsku śmierć to był ON) Śmierć opowiada historię dziewczynki - Liesel Meminger - która uchodzi z życiem jako jedyna z całej ulicy dlatego, że nauczyła się czytać, że czytała i że pisała. I kradła książki. A mieszkała na ulicy Himmel Strasse, czyli prawie w niebie.

Jest tam też wątek cudownej przyjaźni (Rudy+Liesel) i najlepszego na świecie ojca (Papa).

A wszystko to dzieje się w czasie wspomnianej wojny, więc jest trudno, brudno, głodno i bardzo niebezpiecznie. A jednak ludzie, jakimś cudem, są ludzcy. Nawet Śmierć to dostrzega.

Bardzo, BARDZO ładna historia.

Szalenie polecam.

sobota, 10 listopada 2018
Kozi ser

Mając 4 dychy na karku czasem sobie myślę, że przydałoby się, może, w końcu, stać się normalnym, zrównoważonym człowiekiem.

Jednak żeby to się zadziało, musiałabym chyba zmienić robotę, na, dajmy na to, może jakiś urząd i pracować z poukładanymi paniami w garsonkach, a nie z moimi kolegami.

Sytuacja z wczoraj: poszliśmy działem do knajpy - była to realizacja projektu URODZINY - cały rok zbieraliśmy kasę i poszliśmy się nażreć do ą ę knajpy - kto bogatemu zabroni w końcu ;).

Knajpa na wypasie, pan szatniarz, skaczący wokół nas kelner, po przystawkach i głównym daniu przychodzi pora na deser. Kelner poleca lody z kwaśnej śmietany z kozim serem, jeden kumpel mówi, że już ich próbował, że petarda, więc bierzemy. 

Wjeżdżają lody podane tak, że 3 gałki lodów siedzą po jednej stronie, a kozi ser, w plasterkach - po drugiej stronie talerza. 

Zjadłam już 2 łyżki lodów, samych, już nabieram trzecią i słyszę radę kolegi:

- Jebnij se teraz koziego do tego.

Tak :)

Z prób bycia normalną i stonowaną osobą to by było na tyle :)

środa, 17 października 2018
Diagnoza

Poranek w biurze.

Karol smaruje sobie popękane usta jakimś mazidłem i rzecze [w nadziei na zrozumienie zapewne:] do Olka:

- Kurde, usta mi pękają, chyba mi czegoś brakuje.

- No - potwierdza Olek - rozumu.

Dobro od samego rana - to lubię :)

niedziela, 14 października 2018
Wyjścia i wejścia

Szykuję się na wyjście do knajpy.

Syn uprzejmie zapytuje:

- Mamo, o której wrócisz? O dziesiątej?

Wymownie milczę.

- O dwunastej?

- No, raczej o dwunastej, zeznaję zgodnie z prawdą.

- Pamiętam jak o szóstej wracałaś - dorzuca.

Bywało :)

Tym razem wróciłam o dziesiątej (a to niespodzianka!), ale, jak się okazało, byłam w knajpie w uroczym towarzystwie, czyli 13 chłopa i ja.

Nie chwaliłam się tym za bardzo, bo potem znów mi żmija wypomni.

środa, 10 października 2018
H czyli ha (ha, ha :)

Popołudnie w robocie, dzwonię do niemieckiej firmy, żeby się ogarnęli, bo od rana piszemy do nich maile, a oni mają nas w dupach. Niemieckich, ma się rozumieć :)

Ponieważ mój niemiecki nie jest kunsztowny, prędki i bezbłędny, gadam od razu po angielsku i siema, nie mają wyboru.

Dogaduję się z babką, ale napotykamy na problem lekki, czyli ja muszę jej przesłać maila z informacjami od jej kolegi (jednego z tych, co miał nas od rana w dupie), a ona musi mi swojego maila przeliterować. No więc ruszamy.

Pierwsze 3 litery idą ładnie, ale życie nie jest takie proste.

- Szajse - słyszę, jak pani mówi po niemiecku do kogoś - nie wiem jak się nazywa H po angielsku. 

Już się moje serce raduje, bo i szajse rozumiem i H, o czym niezwłocznie moją rozmówczynię informuję :) i dorzucam w bonusie, że H to ejcz :)

- Noooł - mówi ona (już po angielsku) - noł szajse.

Oj tam :) No przecież wiem :)

Firma się ogarnia, robi, co zrobić miała, a na koniec dnia dostaję od tej babki maila o treści:

Thank you for a good conversation :).

środa, 19 września 2018
Harry Potter i Insygnia Śmierci - J.K. Rowling

776 stron, książka jest nasza :)

Tak się stało, że wysłano mnie na delegację, na którą nie bardzo jechać chciałam i z osobami, z którymi jechać nie chciałam WCALE. A tu 500 km w jednym samochodzie - wypas. Żeby się jakoś ratować, drapnęłam Harrego, którego przed delegacją przeczytałam stron 120. W drodze powrotnej skończyłam, więc nie ma tego złego ;)

Siódemka, proszę Państwa, fajna. Dużo się dzieje, dużo osób i stworów ginie (nie powiem kto), na światło dzienne wychodzi kilka newsów z życia Dumbledora, ale wszystko to jest niczym przy newsach o Snapie - prawie mi kapcie spadły!

Dobrze się czyta, jeszcze raz powiem i jeszcze raz chylę czoła przed pomysłem pani J.K. Rowling na bohatera i całą sagę - bo jest, naprawdę, imponująca.

Polecam wszystkim, młodym i starym :)

sobota, 25 sierpnia 2018
Kluski rządzą

Ponieważ od 40 lat moje postępy w kulinarystyce są nieustająco jednakowe [żadne:], obiady jadam na stołówce w pracy.

Panie pracujące tamże to są takie kucharki, jak ze stołówki ze szkoły - wesołe i starsze i dobrze gotujące. Bardzo je wszystkie lubię i żarcie, które gotują - także.

Akurat była środa i drepcząc na stołówkę pomyślałam sobie, że może, skoro wczoraj jadłam pierogi, to dziś zjem jakieś mięso. Plan ten dotrwał do momentu, gdy spojrzałam na liczne dobra w witrynie, a wśród nich - knedle ze śliwkami.

Knedle ze śliwkami robiła mama mojej koleżanki, która mieszkała koło mojej babci i te knedle były boskie. Wciąż pamiętam :)

Więc projekt mięso - wiadomo - poszedł weg, zamawiam:

- Dzień dobry, poproszę knedle ze śliwkami.

- Ile?

- Siedem.

W tym momencie do jednej pani za ladą dołączyła druga:

- ILE!!!

- Siedem... - mówię - A co? Dużo?

- No... panowie brali po 4, wie pani...

- Proooszę pani, to słabiaki. Wezmę 6 w takim razie. I kompot :)

Na to wyłoniła się jeszcze jedna pani i rzekła:

- Bierz pani 7, małe są :)

 

No. To już wiecie dlaczego lubię naszą stołówkę :)

 

Mogłam wziąć 7. Super były :)

wtorek, 21 sierpnia 2018
Eleanor Olimphant is completely fine - Gail Honeyman

383 strony

Książkę przywiozła mi Maryla, zareklamowawszy ją uprzednio, że w UK wszyscy czytają i zachwyceni.

Dawno już nie czytałam po angielsku i miałam obawy, że będę musiała sprawdzać co drugie słowo - to raz, dwa, mam jakiś zastój czytelniczy ostatnio, nie wiem za dużo na głowie, czy za mało W;), ale ewidentnie ostatnio mi nie szło.

Jednak nie było tak źle, w tydzień ją przeczytałam :)

Eleanor wiedzie sobie samotne, bardzo proste życie, chodząc do tej samej pracy, jedząc te same rzeczy, nosząc te same ubrania i pijąc tą samo wódkę w każdy weekend. Na pewnym poziomie jest ... dobrze? Ale czy na pewno i jak bardzo powierzchowne jest to 'dobrze'.

Robi się ciekawie, jak rąbek tajemnicy się uchyla i pomału zaczynamy się dowiadywać różnych, prawda, ciekawostek. 

Dobra książka - i wesoła i smutna i o dobrych ludziach i o fiutach. 

Bardzo polecam, po polsku też już jest i ma też powstać film.

Czekam :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 101
Liczba odwiedzających: