O wszystkim, z niewielką dozą jadu
piątek, 20 października 2017
Helisa - Marc Elsberg

Książkę pożyczył mi Rafał B., 669 stron.

To kolejna książka pana od Blackout'u, kolejna dobra. Ta mniej może mroczno-apokaliptyczna, ale też jest wizją katastrofy, która może się zdarzyć i wcale nie wydaje się to takie dalekie, ani nieuniknione w obecnych czasach.

Historia jest, miedzy innymi, o grzebaniu w ludzkich genach, a ściślej rzecz biorąc - o ulepszaniu kodów genetycznych u dzieci. Czyli ludzie mogą sobie wybrać, że chcą, żeby dziecko było, dajmy na to, superinteligentne + piękne + wysportowane. Brzmi dobrze, nie? Kto by nie chciał mieć takiego dziecka. Jednak superinteligentne dziecko jest dużo, DUŻO mądrzejsze niż nawet bardzo mądry dorosły, mając 10 lat może studiować na MIT lub wymyślić coś, co reszcie ludzi się nawet nie śniło. 

A nie zawsze to, co wymyślą, jest dla wszystkich dobre. Więc na nowoczesne dzieci trzeba uważać.

Dobra ksiażka. 

Mam nadzieję, że nie doczekam czasów, kiedy będzie sobie można zamówić szyte na miarę dziecko :). Oczywiście jestem za postępem i rozwojem, ale bez przesady :).

czwartek, 19 października 2017
Boliwijskie kolczyki z Boliwii (a to niespodzianka;)

Niedawno opętała mnię chętka na kolczyki srebrne.

Większość moich kolczyków jest ze szczerej blachy, co jest z jednej strony bardzo fajne, gdyż a) zazwyczaj kosztują 2 dychy, b) gdy już ich nie chcę, albo gdy się zepsują, można je bez żalu wywalić i kupić sobie kolejne (parę albo pięć :).

Minusem takowych jest ich, jednak, gównianość, i nawet te, które się bardzo lubi, trzeba wywalić, bo albo zaśniedzieją, albo wyblakną, albo coś.

Srebrniaki jak się kupi, ma się do końca życia. 

Żeby nie mieć takich kolczyków jak wszyscy, ominęłam YES i postanowiłam zapolować na DaWandzie :). Tam jest milion wszystkiego i trzeba się nieźle nagrzebać, ale - ta daam - znalazłam. Srebrniaki, dobra cena, nazywały się BOLIVIAN EARRINGS. No i spoko, kupione zatopione.

To było pod koniec sierpnia.

Czekam.

Czekam.

Czekam i kurwa nic!

W końcu myślę sobie - zaatakuję tą DaWandę, niech mi moje kolczyki Da. Klepię ci ja mailiszcze do pani po angielsku i wkrótce potem odpowiedź otrzymuję, również w zagranicznym języku, że idą - z Boliwii :). 

Myślalam, że ktoś sobie nadał taką nazwę, żeby kusiła (skutecznie, jak widać), ale coś nie zakliknęłam, że Boliwia to ich miesjce narodzin :)

No i w końcu przylazły :) Jest znaczek z Boliwii i mały liścik (w kulawym angielskim), ale tak mnię to wszystko rozczuliło, że  i kopertę i liścik zatrzymam.

I kolczyki moje piękne, srebrne, boliwijskie - również :)

piątek, 06 października 2017
4 dychy po sąsiedzku

Wczoraj mój najlulubieńszy Sąsiad skończył 4 dychy :)

Wiedziałam o tym, ale że w sekrecie planowane jest party na tą-że okazję, zadaniem nas wszystkich [zaproszonych] jest ledwo-pamiętanie o jego urodzinach :). No to ledwo pamiętałam :) Zadzwonił wczoraj i rzekł:

- Sąsiadko wpadniesz na chwilę? Jemy słodycze i się wygłupiamy - zachęcił.

- Ojjj. No a ja akurat na crossfit wychodzę - powiedziałam i, zaiste, poszłam. 

Ale żeby nie było, że zła ze mnie sąsiadka, w drodze powrotnej kupiłam małego słodyczka i poleciałam składać życzenia (przy 'Czterdziestolatku' puszczonym z Youtube'a - wiadomo:). 

Sytuacja była taka:

Spocona po treningu wchodzę do łazienki Sąsiadów, z Sąsiadką.

Sąsiad akurat kąpie dzieci, dziecko starsze stoi już w wannie gotowe do wyjścia, owinięte ręcznikiem, młodsze siedzi i wesoło sobie pluska. A że 'Czterdziestolatek' muzyczką jest cudną, zaczynamy podrygiwać. Podryguje więc dziecię starsze w ręczniku, wstało młodsze i również tańczy w wannie, tańczy mój 40-letni ukochany Sąsiad, w pomoczonych portkach, bo przecież szoruje te dzieci i tańczę ja i Sąsiadka. 

I to jest taka chwila, która do końca świata zostanie w moim mózgu :) 

Żeby było jasne, jakim cudownym Sąsiadem jest mój Sąsiad, zamieszczam napisany dla Niego poemat:)

 

Złoty SĄSIEDZIE, wiadomo w świecie

(Wie to dorosły i małe dziecię)

Że po CZTERDZIESTCE dopiero życie

Szczerze się zacznie.


Niech znakomicie

Płyną kolejne Twe [boskie] lata,

Niech niespodzianki życie Ci płata,

Żyj w świetnym zdrowiu, w przypływie kasy,

(Żeby starczało na fajne wczasy).

 

Bądź czarujący, szarmancki, dziki,

Niech na Twój widok w bluzkach guziki

Pękają damskich. Być może Żona

Mniej będzie z tego zadowolona,

Lecz po czterdziestce tak właśnie bywa :).

 

We wszelkie dobra, przeto, opływaj,

Nie bacz na bzdety, HOP – i do przodu,

Mleka Krzysieńku i mnóstwa miodu:).

Niech żaden kłopot w głowie nie siedzi, 

Jusiek Ci życzy oraz Sąsiedzi:).

środa, 04 października 2017
Edward lewo-nożyco-ręki

Mój Syn jest leworęczny. Nie ma z tego powodu wielkiego halo, z tym, że - wiadomo - pisze lewą ręką oraz kopie piłkę lewą nogą. 

Nie może pisać piórem, bo co napisze, zaraz łapskiem rozmaże i siema.

Myślałam, że wszystko poza tym jest w [prawej:] normie, kiedy ostatnio zabrał się ucinanie worka od kaszki Bobowita, lewą ręką, oczywiście, nożyczkami dla praworęcznych (bo są i dla leworęcznych, który to wynalazek posiada, ale w piórniku, w kuchni w szufladzie siedzą takie dla praworęcznych).

Ciacha ten worek, ciacha i dupa.

- Synu błagam - mówię - no nie mów, że nie umiesz worka uciąć. Zobacz - mówię i pokazuję i (oczywiście prawą) ręką jak ciąć.

Potem kulki się zderzają i przekładam nożyce do ręki lewej.

Ciacham, ciacham, ciacham, kurrrwa, i nic!

 

Wylądowałam, przeprosiłam i ucięłam mu ten worek, a historię opowiedziałam następnego dnia w pracy:

- Ej, a próbowaliście kiedyś ciąć lewą ręką?

Praca w naszym dziale na dobrą chwilę ustała: dalejże wszyscy w lewej ręce nożyce dzierżyć i ciachać. 

Badania wykazały, że zależnie od nożyczek (im większe tym gorzej) i od grubości tego, co się tnie (im grubsze, tym gorzej, oraz im bardziej śliskie, tym gorzej) cięcie lewą rękę wcale nie jest takie proste.

Jestem dumna, że takie wnikliwe badania wykonaliśmy. Jak tak dalej pójdzie będzie nas podnajmować NASA ;) 

wtorek, 03 października 2017
Odeszła era 'ej, pożycz zeszyt'

Drzewiej, pamiętam, było tak, że jak się nie poszło do szkoły, to się od kogoś pożyczało zeszyt.

Wiązało się to zazwyczaj ze ściśle ustalonym terminem zwrotu, albo wypożyczenia, bo można było pożyczyć, jak nie było nic zadane, na przykład, albo, trzeba było oddać na tyle wcześnie, żeby pożyczający mógł się jeszcze z tego zeszytu pouczyć.

Otóż wraz z whatsupem i smartfonami czasy te bezpowrotnie minęły.

Nie dość, że prześlą sobie zdjęcia wszystkich lekcji w sekundę, to jeszcze, jeśli natrafią na jednostkę bazgrzącą, tą samą lekcję skombinują sobie rach-ciach od kogoś mocniejszego w kaligrafii. 

Idzie nowe :)

 

piątek, 29 września 2017
Bojowniczki czy kretynki?


Zbliża się kolejny CZARNY PROTEST, i, przy tej okazji, myślę sobie ostatnio o nas, kobitach, jakie jesteśmy.

Z jednej strony walka o równość, protesty i wielkie słowa.

Oczywiście, to jest potrzebne, to jest ważne, bo (między innymi) dzięki takim akcjom niektóry wreszcie lądują i widzą, że nie jest tak, że mogą sobie wymyślić co im się żywnie podoba, a my będziemy cicho jak myszunie siedziały i czekały, co też nasi tfu, tfu ‘władcy’ dla nas przygotowali.

Mam jednak wrażenie, że to jest zwalczanie skutków, nie przyczyn.

Bo temu, jak jesteśmy traktowane, jesteśmy winne, w dużej mierze, same.

Z jednej strony czarny protest, a z drugiej co?

Wróci jedna z drugą z protestu (po pracy i po proteście – wiadomo), sprzątnie i zrobi obiad dla misiaczka, bo on głodny. W pracy był, to zmęczony, to sobie nie mógł zrobić.

Halo. A Ty, bojowniczko o równość nie byłaś w pracy? Twoja praca gorsza? Mniej męcząca?

No właśnie.

Protesty nic nam nie dadzą, dopóki nie zaczniemy WIERZYĆ i POKAZYWAĆ, że nasza praca TEŻ jest ważna, że TEŻ bywamy zmęczone i że naprawdę interesują nas inne rzeczy, nie tylko sprzątanie i gotowanie (zwłaszcza po pracy). Dla nas też istnieje świat poza domem, naprawdę (taką, przynajmniej, mam nadzieję ;).

Mam znajomą, której mąż nieustannie wtyka swoje zdjęcia na FB: a to leci balonem, a to jest w destylarni whiskey, a to pływa statkiem po Szkocji. Ona natomiast wkłada zdjęcie zazwyczaj swojej córki, głównie z domu, zazwyczaj bez siebie, gdyż po ciąży przybyło jej kilka[naście] kilogramów i ogólnie szału nie ma.

Patrzę na te zdjęcie i myślę sobie kim ona jest: wzorową matką i żoną? Czy kretynką?

Albo inna koleżanka opowiada (ze śmiechem na ustach), że ugotowała obiad, następnie po tym obiedzie zmywała, bolały ją plecy, to mąż, uwaga, pogładził ją po plecach, żeby jej ‘pomóc’, a potem, kiedy ona w końcu usiadła, zapytał: to może nalejesz nam drinka, to się napijemy.

A do tego jeszcze dochodzą patrzące na to wszystkie dzieci. W/w koleżanka ma dwóch synów. Jak myślicie, jak będą wyglądały ich małżeństwa? Będzie równy podział obowiązków? Buachachacha:) Oni 20 lat napatrzyli się na to, że w domu jest służąca i ten model zakodowali sobie w mózgu, moje Drogie.

Albo nasz pożal się Boże poseł Kukiz'15 Marek Jakubiak i jego super twierdzenie, że ‘feminizm kończy się tam, gdzie trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro’. No dobra, może Jakubik nie wie, że można wynająć firmę, która to zrobi i sam tą lodówę wniósł. Ile razy, drogie Panie, wnosi się do chaty lodówkę w życiu? Jeden? Dwa??? No. A ile razy się sprząta, prasuje i gotuje? 30 milionów razy w życiu? No właśnie.

Kobitki, nie róbmy z siebie kucharko-sprzątaczek, bo zawsze i dla wszystkich będziemy nic nie liczącym się zapleczem używanym jedynie do zapewnienia wiktu i opierunku.

Jeśli chcemy, żeby nas szanowano, najpierw musimy zacząć szanować się same. Przestać żyć jak ubogie służki, czekające na kiwnięcie palcem pana i władcy, tylko zająć się SOBĄ: mieć SWOJE hobby, SWOJĄ kasę, SWOJE koleżanki oraz wiarę, że jesteśmy WAŻNE. W domu, w pracy i wszędzie indziej.

Hej ho i do roboty :)

niedziela, 24 września 2017
Mężczyzna, który gonił swój cień - David Lagercrantz

420 stron

Książkę kupiłam Mężowi na urodziny:)

 

Chociaż IV część Millenium, a pierwsza napisana przez Lagercrantz'a podobała mi się tylko do połowy, końcówkę, uważam, chłop spaprał, to i tak chętnie wzięłam do ręki cześć V, żeby zobaczyć, czy się ogarnął (tendencja zwyżkowa, jak mawiała moja pani od historii), czy też udupił ją kompletnie.

Miłe zaskoczenie - jest dobrze, a nawet bardzo. Oczywiście, że nie jest to Stieg Larsson, ale jest przyjemnie blisko, i akcja wartka i wątki się ciekawie z historią plotą. Jest i Lisbeth, jest Mikael i każde z nich jest sobą, takim SOBĄ jak było u Larssona, a to ważne i potrzebne i trzyma fajnie całość.

Ta cześć dotyczy, między innymi, bliźniąt i badań nad nimi, którym została poddana również Lisbeth oraz jej urocza siostrunia Camilla. 

Nie będę opisywać szczegółów, bo jeszcze wypaplam za dużo, a może ktoś nie chce tego wiedzieć, bo planuje zbadać rzecz sam, powiem tylko, że pan L. się zebrał i V cześć jak najbardziej przeczytać warto. 

(I tak wiadomo, że jak się przeczytało cztery części, to V tak czy siak się przeczyta, bo jak ktoś się już w Lisbeth i Mikaelu zakochał, to się tak łatwo odkochać nie da :).

wtorek, 19 września 2017
Nowy rok [szkolny] - nowe wyzwania

Szkoła, chyba, do końca życia będzie generować te same zachowania :)

Pierwsze zebranie w V klasie i my, czyli rodzice, w okolicach 40-tki jak sądzę. Wszyscy grzecznie siedzimy w ławkach i notujemy co pani powie. I wszystko jest fajnie do momentu strasznego zdania, które to wypowiada wychowawczyni naszych dzieci, a mianowicie "proszę państwa, musimy wybrać trójkę klasową".

Wtedy zapada grobowa cisza i WSZYSCY naglę spoglądają za okno. Ale nie tak troszeczkę, 200% wyglądania przez okno to jest. Niby każdy zadanie słyszał, ale NAGLE za tym oknem, to się tyle dzieje, że hej. I w chmurce nad każdym to samo zdanie 'PLIZ NIE JA, PLIZ NIE JA' :).

I siedzimy. 

Pani ponagla.

Śmieję się w duchu (między mantrą PLIZ NIE JA), że pewnie dzieci nasze lepiej temat ogarnęły. Tymczasem trójki klasowej nie ma, a widok za oknem już cały wypatrzony.

W końcu, myślę sobie: dobra, bo nigdy stąd nie wyjdziemy. "Mogę być skarbnikiem" - zgłaszam się i widzę na twarzach innych rodziców wielkie uff. Do tego zgłasza się jeszcze jeden chłop oraz pani przydusza jedną kobitę z trójki zeszłorocznej i mamy to :).

Czyli do przyszłego września spokój :) 

czwartek, 14 września 2017
Kaprysik - Mariusz Szczygieł

208 stron, ale z licznymi obrazkami

Książkę kupiłam sobie sama, bo akurat kiedy jechałam do Empiku po odbiór innej, o tej Szczygieł opowiadał w radio. A że było po wypłacie, to zaszalałam :)

 

Jest to kilka opowiadań o kobietach, ale te opowiadania są serdeczne (tak by powiedziała moja Babcia Zuzia, gdyby żyła:). One nie są o słabych, wątłych paniach, które czekały z obiadkiem na swojego misia i na tym polegało ich życie (uff), ale o kobitach, które, właśnie, miały jakiś KAPRYSIK, miały coś swojego, o co walczyły, co im się podobało, co je od innych odróżniało i spośród innych WYróżniało.

Fajne i ciepłe.

Puszczam dalej w obieg, bo warto :)

środa, 13 września 2017
13 powodów - Jay Asher

272 strony

Książkę kupiłam sobie sama (=3 dychy wyrzucone w błoto), a namówiła mnie do jej kupna Halina. Halinie podobał się również Grey, więc powinnam być czujna, ale nie byłam, więc mam za swoje.

Skończyłam ją tylko dlatego, żeby móc się przypieprzyć.

To lecę:

Ja pierdolę, ale gówno!

I jeszcze przeczytałam ją po 'Małym życiu', co jeszcze bardziej uwydatnia płytkość tej książki.

Historia jest o tym, jak nastolatka popełnia samobójstwo, ale przedtem wysyła do grupy swoich znajomych kasety, na których opowiada co było tego powodem (bo, między innymi, wybrali ją dla żartu pierwszą dupą klas pierwszych). Co gorsze, kaset słucha i komentuje podkochujący się w niej Clay Jensen, i te komentarze są chyba najgorsze.

Ja rozumiem, że to jest książka dla młodzieży, ale młodzież chyba też miewa mózgi?

I jeszcze te komentarze na okładce 'Mroczna, piękna, olśniewająca' pisze Chicago Tribune. Chyba jej nie czytali, sądząc po opisie ;)

 

Dla mnie dramat - nie radzę się zbliżać.

Oddaję zaraz do biblioteki, niech inni tez się pomęczą ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94
Liczba odwiedzających: